Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 kwietnia 2013

Recenzja książki Paryż mój słodki Amy Thomas



Jest kila rzeczy, które naprawdę mnie odprężają. Dobry film, zajmująca lektura, coś smacznego do przekąszenia czy długi spacer alejkami parkowymi, z Kinga za rękę. Nie raz wystarczą mi nienamacalne i lekkiej jak motyle skrzydła, myśli o rzeczach przyjemnych, wyobrażenie sobie ukochanych miejsc, w których wciąż nie byłam czy wspomnienia, na zawsze zapisane w najgłębszych zakamarkach serca. 
Niewątpliwie jednak Nowy Jork z czterema, zwariowanymi przyjaciółkami i Francja, z szykiem, wyjątkowością wszystkiego, co się robi i pola kwitnącej lawendy, są magicznymi miejscami miłości platonicznej, znanej z wyobraźni i niezliczonych obrazów zapisanych w pamięci, zeskanowanych z filmów, książek czy blogów, dzięki którym zawsze i wszędzie mogę unieść się nad ziemię i poszybować w przyjemności…

Gdy wszystkie te miejsca stają przede mną otworem jednocześnie, muszę tylko pamiętać, żeby nie zwariować i upajać się chwilami, jakby miały już nigdy się nie powtórzyć.

Tak jest w przypadku książki Amy Thomas „Paryż mój słodki”, gdzie znajduję niezapomniane mieszanki pędzącego Nowego Jorku, z przemierzanym na wynajmowanym rowerze Paryżem, a wszystko okraszone niesamowitą porcją słodkości opisywanych na tysiące sposobów.

O samej autorce przeczytać można:
Amy Thomas mieszka w Nowym Jorku. Przez dwa szczęśliwe lata dane jej było nazywać domem Paryż. Tworzy teksty reklamowe, pisze o jedzeniu, podróżach, designie i modzie dla rozlicznych wydawnictw, takich jak „New York Times”, „ National Geographic Traveler”, „Town and Country” oraz „ Every Day with Rachel Ray”. Ma delikatną obsesję na punkcie słodyczy.

Książka liczy sobie blisko 360 stron. Podzielona jest na trzynaście przesłodkich i zajmujących rozdziałów, wśród których mamy między innymi:
  •  Gorące, oklejające zęby kakao
  • Ciasta do kochania i uwielbiania
  • Wywołujące ekstazą magdalenki i muffinki
  • Francuskie tosty czy pain perdu, oto jest pytanie.

W każdej z części, oprócz skupiania się na temacie głównym rozdziału i wgryzaniu się w niego kęs po kęsie, aż ślinianki zaczynają pracować a nasza wyobraźnia wariuje i popycha serce do nieopanowanych drgań tęsknoty w zachłanności chęci wypróbowania na żywo wszystkiego, poznajemy niespostrzeżenie, choć bardzo blisko, losy głównej bohaterki książki, która spełnia swoje marzenia. Oscyluje między dwoma ukochanymi miejscami na ziemi, pokazuje życie na obczyźnie, borykanie się z meandrami kultury i oczywiście języka, który wyjątkowo trudno wchodzi do głowy, radzenie sobie z tęsknotą do wszystkiego i wszystkich, oraz przestawianie się mentalne w poszczególnych sektorach życia osobistego, uczuciowego i odartego z, nie raz złudnych przekonań, o fantastyczności niby romantycznych Francuzów.

Gdy otwieramy książkę, poznajemy singielkę mieszkającą w uroczej dzielnicy Nowego Jorku, otoczoną przyjaciółmi, adoratorami i innymi mniej lub bardziej przychylnymi osobami, której kalendarz pęka w szwach od imprez i spotkań, a ona jest autorką tekstów reklamowych. Dodatkowo jest niepoprawną uzależnioną od wszelkich słodkości, których temat zgłębia na licznych eskapadach po piekarniach, cukierniach, lodziarniach i wszelkich miejscach, w których czekolada leje się strumieniami, co opisuje na blogu, w kolumnach gazet lokalnych, czasopismach i…we własnych kubkach smakowych, którym doznań niewątpliwie każdy zazdrości.

W tym natłoku wrażeń i zadowolenia, pewnego dnia dostaje propozycję nie do odrzucenia. Powrót do lat studenckich, kiedy to odwiedziła Paryż, w którym zakochała się dogłębnie. Przeniesienie się z wygodnej posady w firmie, do oddziały paryskiego i pisania dla samego Louisa  Vuittona było jak spełnienie najskrytszych marzeń szczególnie, że wiązało się również z poznawaniem najznakomitszych manufaktur słodyczy, zaglądaniem do pracowni najwspanialszych cukierników, odwiedzanie wszystkich, ale to kompletnie wszystkich miejsc, w którym mogłaby poznać niezapomniane smaki.

Ona poznaje je, jeżdżąc velibem a czytelnicy czytając bardzo kaloryczne opisy, które rozkładając smakołyki na elementy najmniejsze, aż namacalnie ociekają smakami przed naszymi oczyma, co potęgowane jest uwieńczeniem podsumowania o nazwie „Więcej słodkich punktów na mapie”, co już samym sobą tłumaczy skupienie tematu. Nie wspomnę też o listach piekarni w Paryżu i Nowym Jorku, zamieszczonych na końcu książki, gdzie nie tylko znaleźć możemy adres strony internetowej miejsca, ale nawet adres faktyczny, rzeczywisty i numer telefonu, gdyby ktoś chciał sprawdzić któreś z opisywanych w książce miejsc.

Książka jest łatwa, lekka i wymaga nieco znajomości języka, albo tematyki kulinarnej, pozwalającej rozszyfrować poszczególne nazwy słodkości. Niewątpliwie, dla zapoznanych z tematyką jest prawdziwą wisienką na torcie. Opowieść o życiu Amy, zmieszana z kipiącymi cukrem opisami, mnogość informacji nie do wyczytania w przewodnikach, daje prawdziwą przyjemność poznawania dwu z najwspanialszych miejsc na ziemi.

Jedyne, czego brakowało mi w opowieści, to, choć jednego przepisu wykradzionego z najsłynniejszych cukierni. Z przyjemnością zrobiłabym jakiegoś pastelowego makaronika, ociekającego masłem, delikatnego w swym smaku i strukturze croissanta czy choćby „pospolitą” babeczkę.


Książka do zakochania!


Książkę do recenzji otrzymałyśmy od Polska Gotuje, za co z całego serca dziękujemy.

piątek, 11 stycznia 2013

Cynamon w kuchni

Jakiś czas temu, zgłosiłam się jako chętna do testowania produktów firmy Royal Brand. Nie zostałam zarzucona bynajmniej przyprawami ;), ale otrzymałam paczuszkę niezbyt wyjściowo wyglądającej kory cynamonu. Przyzwyczajona do aromatycznych, soczyście brązowych lasek cynamonu, nieco przeraziłam się sieczką w opakowaniu, ale jak już się zdecydowałam, wyjścia nie było, przetestowałyśmy z Kingą otrzymaną przyprawę.


Kory cynamonu używamy często i, nie tylko do wypieków. Nie raz przyprawa ta wzmacnia smak naszych zup, nadając im "indyjskości", oryginalności i wyjątkowości. Świetnie sprawdza się w zupie ciecierzycowej, wyśmienicie smakuje z "owocówkami".


Poza tym wczoraj, z użyciem kory cynamony Royal Brand powstały klopsiki.

Zrobiłam je z :
- mięsa mielonego, zapomnianego w zamrażalce
- czerwonej cebuli
- usychającego imbiru, który herbaty nie doczekał
- anyżu kupionego yyy nie wiem kiedy
- cynamonu od Royal Brand
- sosów ostrygowego i rybnego od Izy "Pyzy"
- koncentratr pomidorowego z letnich zapędów przetwórczych
- jakieś tam ziół, typu bazylia, rozmaryn, kumin
- jajka
- otrębów żytnich od Kupca, bo bułka tarta wyszła
- wody z wodociągów

- kawałeczka wędzonej kiełbasy
- łyżeczki mąki ziemniaczanej

- 500 ml rosołu



Sposób przygotowania:
Posiekałam dokładnie cebulę, czosnek, imbir i zioła. Pokroiłam w małą kostkę kiełbasę.
Na rozgrzaną patelnię z minimalną ilością tłuszczu wrzuciłam kiełbasę, którą po wstępnym obsmażeniu połączyłam z cebulą, imbirem i na końcu połową  czosnku. Gdy aromaty się połączyły przestudziłam nieco produkty przygotowując w tym czasie "rosół".

Do rosołu drobiowego dolałam po łyżce sosu sojowego i ostrygowego, dorzuciłam pozostały czosnek, anyż i korę cynamonu, doprowadzając wszystko do wrzenia.

Gdy "rosół" zagotowywał się do mięsa dodałam wcześniej przysmażone produkty. Wbiłam jajko, dosypałam otrębów w ilości pozwalającej do powstania spójnej masy.
Formowałam z niej male kulki, które po wstępnym obsmażeniu na patelni, wrzucałam do rosołu. Gotowałam je ok 15 minut.
Po czym dolałam ok 250 ml koncentratu pomidorowego - kilka łyżek kupnego, dosmaczyłam wszystko i jeszcze podgotowałam do delikatnej redukcji płynu i połączenia się smaków.

Podałam z makaronem.


***


Przyznać muszę, że jestem zaskoczona testowanym cynamonem. 

Jak wspomniałam, zawsze miałam do czynienia z pięknymi laskami cynamonu. Takie też są oferowane na stronie Royal Brand a firma opisuje je jako:
wyjątkowo delikatne, w odróżnieniu od kasji niepalące. Można je kruszyć w palcach. Każdy kawałeczek cynamonu wydziela niesamowity aromat. Jesteśmy jedynym importerem tej przyprawy.

O korze cynamonu, którą testowałam, albo na stronie nie piszą, albo nie mogę tego znaleźć, ale cytując za opakowaniem :
Przyprawa ma smak słodkawo-korzenny. Zapach delikatny, słodkawy. Świeżo ścięta kora drzewa cynamonowego, nie poddana jeszcze dalszemu przetworzeniu, z której dopiero formuje się laski cynamonu. Będzie doskonałym dodatkiem do słodkich ciast i deserów, baraniny, ryb.

Porównując ją z laskami posiadanymi, z Manufaktury Smaku Mniam-Mniam. pl, muszę przyznać, ze niby ta sama roślina a zaskakuje smakiem.
Laski, jak dla mnie mają bardziej intensywny smak i łatwiej poddają się obróbce w kuchni. Nadają się do potraw lubiących zdecydowany aromat cynamonu, Nie ma lepszych do jabłeczników i wszelkich potraw zawierających te owoce. Świetnie sprawdzają się w kompotach czy innych napojach i fantastycznie wyglądają nawet jako element dekoracyjny.

Kora przeze mnie testowana ma niską zawartość kumaryny, przez co zapewne jest delikatniejsza w smaku a, nawet jej zapach nie jest tak intensywny. Nie wygląda pięknie i zachęcająco, więc nie użyłabym jej do podania w herbacie ani nie udekorowałabym np świątecznego stroiku ;) Świetna jest za to w zupach, gdzie nienachalność cynamonu jest jak najbardziej na miejscu, sprawdza się lepiej w potrawach mięsnych i, zapewne przy podaniu ryb, choć tego jeszcze nie przetestowałam.

Warto mieć podobną korę cynamonu w swojej kuchni, gdyż daje dużo możliwości.
Kinga znacznie bardziej rozsmakowuje się w daniach z nieprzetworzoną, delikatniejszą korą, niż z laskami.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Nigella kontra Mórawska, czyli spojrzenie na "Słodkie"

Elizę Mórawską, znana w "kręgach" jako Liska uwielbiam całą sobą a jej blog White Plate traktuję jako biblię i blogową Matkę Chrzestną. 
Dlatego spać prawie nie mogłam w oczekiwaniu na Jej pierwszą książkę. Nieco skrzydła mi opadły, gdy dowiedziałam się, że ów wymarzona pozycja kosztuje prawie 70 zł ale chyba modły cud sprawiły, że oto przytulam od jakiegoś czasu, najgorętszą książkę sezonu...


Pierwszą książkę najpopularniejszej blogerki kulinarnej, Elizy Mórawskiej White Plate "Słodkie".
Nieco uderzyło mnie słowo "najpopularniejszej", bo bardziej podobałoby mi się sformułowanie "jednej z najpopularniejszych", ale już nie bawmy się w szczegóły...

Gdy otwarłam książkę uderzyło mnie kilka zdjęć, które jakbym gdzieś już widziała...Rzuciłam się więc w stronę mojej biblioteki kulinarnej i oto co znalazłam...



Nie mówię bynajmniej, że coś jest nie tak z książką Liski i, oskarżam Ją o jakieś plagiaty. O nie! Po prostu zauważyłam podobne podejście naszej autorki do Nigelli Lawson, w prowadzeniu książki. Podobne zdjęcia, nie raz owoce na nich, niektóre działy i serce do gotowania, które obie panie starały się przekazać w swoich pozycjach. 
To nie jest jakaś katastrofa. Ja zawsze wzoruję się na lepszych i bardziej doświadczonych, więc całą sobą rozumiem naleciałości stylu Nigelli u Liski. Może to nawet być niezamierzone bo,  przecież najlepsi zawsze odciskają w nas swoje piętno...




Nie sposób też odseparować się od wszystkich w materii, w której tak wielu zrobiło już tak wiele...Trudno jest wymyślić całkowicie odmienne spojrzenie na garnek, gdy tysiące innych osób patrzyło na niego już ze wszystkich stron :)




Lisce przy tum udało się jednak być ponad to!
Jeśli już pokusiłam się o porównania Jej książki to jakiś tam innych muszę napisać, że uwielbiam "Słodkie" za:

  • Fantastyczny podział rozdziałów. Nie na np ciastka, ciasta, serniki czy inne pierniki, ale na pory roku i miłość. To nowość zaskakująca, odrywająca od rzeczywistości literatury kulinarnej i coś, czego jeszcze nie widziałam nigdzie.
  • Poza tym obrazki przy przepisach są świetne i innowacyjne. Czas, ilość osób, temperatura itd sa fantastycznie rozrysowane i nadają każdej stronie wyjątkowy wygląd.
  • Zdjęcia Liski i uwielbiam i nienawidzę! Kocham je za wyjątkowość, wyczulone oko na piękno prostoty i fantastyczne podejście do zagadnienia, ale nienawidzę ich za to, że od oglądania ich robię się głodna i żądna ;)
  • Przelicznik miar też jest fantastyczny.Niby rzecz podstawowa i prosta, ale przyznać muszę, że gdy wygrałam bon do Fabryki Form skakałam pod niebiosa, już na starcie widząc w mojej kuchni...WAGĘ! Wagę, jako obiekt pożądania i rozwiązania wielu problemów przelicznikowych ;) Tu Liska wyszła, pewnie nie tylko w moim kierunku, z wielka pomocą!




Kartka na notatki zawsze zadziwia mnie na końcu jakichkolwiek pozycji, bo...JAK MOŻNA PISAĆ W KSIĄŻKACH? No jak? Dla mnie to niewyobrażalne, więc i tu Liskową knigę oszczędzę. 
Opowieści o składnikach czy rodzajach blach też bym sobie chyba darowała, bo jak już ktoś po książkę tą sięga, chyba ma co nieco w głowie...choć oczywiście mogę się mylić...
W końcu przepisy sa tak prosto napisane, jakby miały trafić wręcz do kompletnych laików! No na prawdę! Oczywiście nie jest to w żadnym stopniu zarzutem! Wręcz przeciwnie! Pokochałam ten łopatologiczny sposób przekazania informacji . Nie trzeba czytać przepisu godzinami czy przebijać się przez księgi zbędnych słów.



Czy więc, reasumując, uważam, że Panie się zmówiły, Liska nie dotrzymała Nigelli kroku, a może w ogóle książkę uważam za niepotrzebną?
Ależ nie. Nie, nie i nie, albo tak!, potrzebną.

Jeśli ktoś zagląda na White Plate to wie, że chodzi się tam nie tylko po przepisy ale po atmosferę, zdjęcia, niebanalne opowieści i ducha wyjątkowości. W książce nie znajdzie się wszystkiego, z racji okrojonej tematyki i ilości stron, ale można ją przytulić do serce namacalnie i poczuć wszystkie dobre fluidy, które i jakiekolwiek Eliza zawarła w każdej stronie "Słodkiego".
Nie będzie chyba też człowieka, który nie potrafiłby zmierzyć się z przepisami! I to nie przepisem a przepisami - zaznaczam, bo nie znalazłam tam cudów i dziwów niedostępnych w naszych sklepach (w moim małomiasteczkowym też), a to już wielki plus.
I mogłabym tak pisać i pisać ale proponuję...kupcie i stwierdźcie sami...

Polecam!

czwartek, 8 listopada 2012

Granex w naszych testach


Niedawno, od firmy Granex, prowadzącej na FB kawałek zrzucającej kilogramy społeczności - Uwaga, zrzucam otrzymałyśmy smaczną paczkę`pełnych błonnika chlebków.
Przypadły nam w udziale trzy wersje pieczywa:
- Pieczywo Granex z dodatkiem orkiszu i ziół
- Pieczywo Granex zawierające amarantus
- i tradycyjne pieczywo
każde z ogromną ilością błonnika, bez dodatków cukru, mleka, tłuszczów czy substancj
i spulchniających.



Każde odpowiednio zapakowane, każde smaczne i pożywne.
Jak pisze producent, pomaga w walce z otyłością, oczyszcza organizm z toksyn i metali ciężkich, pomaga w odpowiedniej perystaltyce jelit, zarówno przy zaparciach, jak i biegunce, obniża poziom cholesterolu czy stabilizuje poziom glukozy we krwi.

Ciężko mi stwierdzić niektóre z tych właściwości, ale przy spożywaniu pieczywa faktycznie człowiek czuje się lżej, zdrowiej i w pełni nasycony. 


Oglądając dokładnie opakowanie nie znalazłyśmy na nim informacji o zawartości jakichkolwiek, nie zjadanych przez nas substancji czy innych Eileśtam. Wyliczane składniki są naturalne, dobrze skomponowane i w pełnej palecie smaków. Np pieczywo z orkiszem i ziołami, oprócz podstawowych składników, kryje w sobie oregano, rozmaryn, bazylię, tymianek, cząber, estragon, szałwię, miętę czy lawendę.
Poza tym, schowane na dnie, można przeczytać całkiem ciekawe informacje o głównych składnikach pieczywa, gdzie np przy wspomnianym wyżej pieczywie możemy poczytać o orkiszu czy ziołach prowansalskich.
Przy tym przeliczniki, zawartości i inne, nie przytłaczają ilością, wskazują na najważniejsze dane i zachęcają niezdecydowanych.


Jak dla nas, te parę sztuk to, choć pełne pole do popisu, mimo wszystko za mała ilość dla rozwinięcia skrzydeł testerskich ;), więc powyżej prezentujemy pokazane już tu sposoby wykorzystania omawianego pieczywka :)

Chrupiemy wiec, chrupiemy i chrupać nie przestajemy, polecając z pełną premedytacją owe błonnikowe cuda ;)

niedziela, 29 lipca 2012

Recenzja książki "Pyszne i zdrowe koktajle nie tylko owocowe"

Jakiś czas temu dostałam do zrecenzowania moją pierwszą, kulinarną książkę.
Użyczyła mi ją Redakcja Naj.

Książka została wydana przez Wydawnictwo RM , napisana przez Louise Pickford, przetłumaczona przez J, Kopańczyk i, jest na prawdę wypełniona po brzegi smakowitymi napojami. 


Całość podzielona jest na sześć kategorii koktajli, siódmą część stanowią dekadenckie desery a książkę rozpoczyna krótki wstęp i przydatny słownik. 
Każdy z przepisów zawiera garść ważnych informacji, zrozumiałe dla każdego etapy "produkcji", a lewą stronę kartek przeznaczono na czytelnie wypisane gramatury poszczególnych składowych napoju, z uwzględnieniem końcowej objętości i ilości powstałych porcji.

Dużym plusem są niesamowite zdjęcia, równie wysmakowane, jak same przepisy. Zachwycają prostotą formy, a przepychem produktu, delikatnością obrazu, a drapieżnością bohaterów, wyrafinowaniem, dobraniem elementów i wszystkim, co powoduje, że książkę tę chciałoby się zjeść.

 

W książce każdy znajdzie coś dla siebie.

Koktajle śniadaniowe obfitują w porcje energii na cały dzień, frappe owocowe kuszą soczystością i prawdziwym smakiem owoców, podanym w wersji schłodzonej, warzywa miksuje się w bajecznych połączeniach, które razem z koktajlami dietetycznymi dają duże pole do popisu, a gdy ktoś nie gustuje w napojach mlecznych, znajdzie i takie, które kropli mleka nie zawierają.


Część z opisywanych napojów bazuje na owocach świeżych, ale i te, powstałe z mrożonek zachwycają, szczególnie, gdy pomyślimy, żeby w zimowe dni obudzić się środkiem lata.

Same składniki dostępne są w naszych sklepach, prawie żadne z nich nie powinno zaskoczyć i, nawet odżywki proteinowe, mleka owcze czy sojowe, albo i na przykład lody sojowe, dla wytrwałych, powinny być do kupienia choć...

Prawdę mówiąc te parę wymyślnych składników nieco mnie zeźliło bowiem, chcąc zrobić np "Dobry początek", bazujący na jogurcie z owczego mleka, samym mleku owczym czy paście tahini, już na starcie obeszłam się smakiem. Podobnie jak niekiedy, nie wiedziałam czym zastąpić składnik, którego akurat nie miałam, nie tracąc na smaku i wartościach koktajlu.

Jest to chyba jedyny minus pozycji, na całe skupisko pozytywów, więc smakowania i mieszania nie było końca.


Również dla dziecka, przygotowanie koktajlu pod dyktando "Pysznych i zdrowych koktajlów nie tylko owocowych", oczywiście pod nadzorem rodzica, nie jest żadnym wielkim wysiłkiem, więc szczególnie mogę polecić ta pozycje kulinarną, nie tylko samozwańczym kuchcikom, ale i mamą z dziećmi, dla których samodzielnie gotowanie będzie wspaniałą nauką, zabawą i super pomysłem na smaczne spędzenie chwil z rodzicem w kuchni.



Szczerze polecam pozycję!
Warto wydać te kilka zł na książkę, która tak bardzo wzbogaci naszą dietę, że dopóki nie zagłębimy się w kolejne przepisy, nie będziemy zdolni wyobrazić sobie, co oznacza słowo koktajl.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...